Powrót Franka – Seria zasłyszane historie

Powrót Franka

Ta historia zaczęła się, gdy miałem trzynaście lat. Była ósma wieczór, na dworze rozpętała się burza i biły pioruny. Siedziałem w kuchni i odrabiałem lekcje, a mama piekła ciasto. W pewnej chwili powiedziała, żebym pobiegł do sąsiadki, pani Sabiny i pożyczył od niej kilo cukru.

Sąsiadka była samotną trzydziestoletnią kobietą. Pięć lat wcześniej kupiła obok nas dom z ogrodem. Plotkarze gadali, że w Niemczech dorobiła się sporych pieniędzy na zgrabnym tyłku, ale zazdrośników nigdzie nie brakuje.

Nałożyłem kalosze, narzuciłem kurtkę i pobiegłem w deszcz. Od strony uliczki okna jej domu były ciemne. Wszedłem do sieni i zapukałem. Nic. Znowu zastukałem. Wtedy z mieszkania doleciał szloch, a potem głos pani Sabiny:

– Jeszcze cię nie zabiłam. Wróć za dwa dni. Wtedy się rozliczymy.

Dla kogo były przeznaczone te słowa? Zrozumiałem, że nic tu po mnie i wróciłem do domu.

Dwa dni później usłyszałem z kuchni głos ojca, który wrócił z pracy w komendzie rejonowej policji i opowiadał mamie sensacyjną nowinę.

– Nasza sąsiadka powiesiła się w dużym pokoju. Ktoś zobaczył ją przez okno. Zamiast na stołku, stanęła na walizce pełnej dolarów.

Dopiero wtedy przypomniałem sobie o kopercie, którą pani Sabina dała mi poprzedniego dnia z prośbą, żebym przekazał ją ojcu.

Tata otworzył list i zaczął czytać:

Za namową koleżanki pojechałam do Niemiec, do pracy w restauracji. Znałam dobrze niemiecki i zostałam zatrudniona w nocnym lokalu. Po jakimś czasie odkryłam, że klub w rzeczywistości służył niemieckiej mafii. To był nocny market, gdzie handlowano wszystkim do niuchania i zjarania.

Cały personel obsługujący gości pochodził spoza Niemiec. To zrozumiałe, z takimi pracownikami łatwo zerwać kontrakt. Początkowo odkładałam każdy grosz. Po pracy grzecznie wracałam do wynajętego pokoju. Tak przez rok. Aż pewnego wieczora postanowiłam spróbować koki.

Dwa lata później przedawkowałam i miałam zjazd. Przerażona nałogiem, wróciłam do kraju, pewna, że sama poradzę sobie z uzależnieniem Nie przywiozłam wielkiej fortuny. Większość forsy wydałam na kokę.

Kilka tygodni później, wieczorem, kiedy na dworze szalała burza, w moim domu zjawił się Frank, jeden z moich bliższych kumpli z Niemiec. Przenocował i następnego dnia pojechał do Wrocławia z przesyłką koki dla Rosjan. Wrócił dwa dni później. Mieliśmy czas pogadać o dawnych czasach. Wypiliśmy butelkę wina i wzięliśmy po działce koki. Wtedy Frank powiedział, że następnym razem odwiedzi mnie za pięć lat, gdyż zmienia kierunek na Bałkany.

Kiedy kumpel brał prysznic, zajrzałam do walizki, z którą przyszedł. Po co? Głupia ciekawość. Znalazłam w niej górę szmalu. Kiedy ją zamknęłam, nie mogłam o niczym innym myśleć. Widziałam paczki forsy i działki narkotyków, które za nie kupię. Mój umysł znalazł się w jakimś amoku, nad którym nie panowałam. I w nocy zabiłam Franka ciosami noża. Ciało, wraz z samochodem, utopiłam w pobliskim bagnie.

Przez kilka pierwszych miesięcy czekałam, że do moich drzwi zapuka policja. Potem kumple Franka z Niemiec. Nic. Cisza. Podobno alkoholicy i narkomani muszą osiągnąć dno, żeby móc wyswobodzić się z nałogu. Dla mnie było nim morderstwo. Nigdy nie wzięłam z walizki choćby jednego dolca, żeby kupić narkotyk.

W piątą rocznicę zabójstwa Franka zaryglowałam drzwi w mieszkaniu. Jak tamtego pamiętnego wieczora przyszła gwałtowna burza. Patrzyłam jak zahipnotyzowana na zegar. Po godzinie dwudziestej rozległo się pukanie do drzwi. Więc Frank dotrzymał słowa i się zjawił. Krzyknęłam: Jeszcze cię nie zabiłam. Wróć za dwa dni. Wtedy się rozliczymy.

Zmówcie modlitwę za pokój mej duszy. Nie chcę czekać na powrót Franka.

Zasłyszane historie to relacje, które od zawsze zapisywałem. Zatrzymałem w nich twarze ludzi, których spotkałem i dla dobra opowieści częściowo uatrakcyjniłem fabularnie.

Powrót Franka

Autor: Paweł Szlachetko

Erzet

www.siedliskostrachu.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: